Na przełaj…

Lato powoli dobiega końca, więc trzeba było wybrać się do lasu, tak na zakończenie letniego sezonu. Wypad odbył się 7 Września 2012 roku. Z domu wyszedłem o godzinie 9.00. Pogoda dopisywała, nie było upału. Temperatura w sam raz na szwędanie. Po około 5 minutach byłem już w lesie. Tym razem postanowiłem przez całą wędrówkę nie korzystać z dróg i ścieżek. Poruszałem się tylko przez zarośla.

 

Ekwipunek który wziąłem został spakowany do niedawno nabytej torby biodrowej. Na krótkie wypady nadaje się idealnie. Torba składa się z trzech kieszeni i miejsca na butelkę z wodą. Posiada także pas do skompresowania zawartości aby się przemieszczała.

Zabrałem ze sobą jeden litr wody w butelce PET po mleku, kubek ze stali nierdzewnej, palnik spirytusowy i zapas paliwa, zupkę chińską, zapalniczkę, składany łyżko- widelec oraz chusteczki higieniczne. No i oczywiście aparat wraz z kompletem zapasowych akumulatorków.

Po wejściu do lasu zboczyłem z drogi w głąb lasu. Jak na razie na trasie nie było za dużo zarośli. Dominowały dęby i klony. Po przejściu około 2 – 2.5 kilometrów las zmienił się z liściastego na mieszany z dużą przewagą sosen. Natrafiłem na okop z drugiej wojny światowej. Nie było w nim żadnych śmieci, pewnie dlatego, że jest położony głęboko w lesie. Te bliżej dróg miejscowi upodobali sobie jako wysypiska śmieci.

   

około dwóch metrów od okopu odkryłem dziwne znalezisko. Dół głęboki na około 40 centymetrów, obmurowany dookoła cegłami. Nie mam pojęcia po co to ktoś zrobił.

W niektórych miejscach wędrówkę utrudniały duże połacie dzikich mali. Gdyby nie spodnie miał bym podrapane nogi.

 

Przebyłem jak do tej pory z 5 kilometrów, więc czas na odpoczynek i jedzonko. Zapomniałem zabrać stojaka do palnika i musiałem improwizować. Palnik włożyłem do małego dołka, a kubek spoczął na dwóch świeżych kijkach. W domu nie miałem akurat spirytusy ani nafty, dlatego użyłem zwykłej benzyny Pb95. Nie był to zbyt trafny wybór. Jem, sprzątam i ruszam dalej…

Wkroczyłem w teren zdominowany przez dęby. Idąc dalej wyszedłem na polanę, na której znajduję się wiata wybudowana przez koło łowieckie „sarenka”. Organizują tutaj swoje biesiady alkoholowe.

 

Dalsza trasa była zróżnicowana. Czasem trafiały się duże gęstwiny porośnięte rozłożystymi leszczynami.

 

 

 

Dotarłem do drogi kończącej moją wędrówkę. Niestety trzeba było już wracać do cywilizacji. Wypad uważam za udany. Kilka godzin spędzonych w lesie od razu wprawia w lepszy nastrój.