Życie w dziesięciowiecznej Rosji

24-letni Paweł Sapożnikow we wrześniu zeszłego roku postanowił odbyć podróż w czasie. Na siedem miesięcy przeprowadził się do gospodarstwa będącego wierną kopią X-wiecznej rosyjskiej zagrody; wszystkie budynki, wyposażenie wnętrza czy używane na co dzień narzędzia powstały bez udziału nowoczesnej technologii i są dokładnie takie jak w dawnych czasach.

Na prośbę znajomych Paweł postanowił opisać jeden zwykły dzień z życia w gospodarstwie. Przyjaciele dostarczyli mu aparat fotograficzny i notatnik, po zakończonym reportażu oddał im je i to oni umieścili materiał w sieci. Oto 111. dzień projektu.

Jak sam Paweł przyznał najtrudniejsze było przyzwyczajenie się do samotności, ale po jakimś czasie przywykł do braku towarzystwa i stwierdził, że teraz tak będzie wyglądało jego życie. Pobudka następuje o 7:30, w domu jest dość chłodno, ponieważ przez noc piec zdążył wygasnąć i przestygnąć.

Na początku trzeba z dzbanka nalać oleju lnianego do kaganka, a następnie od węgla wygrzebanego w palenisku można zapalić ręcznie robiony knot.

Można się ubrać, początkowo zakładanie onuc sprawiało problemy, teraz nie jest trudniejsze od zakładania skarpet.

Tak wygląda kalendarz z podręcznymi notatkami.

Drugi kalendarz na framudze drzwi, zabezpieczenie przed pomyłką i przed kompletnym zapomnieniem się w przeszłości. Dziś rozpoczyna się 111. dzień.

Całe odzienie stanowią skórzane buty, onuce, spodnie i długa koszula uszyta z wełny.

Drewno do rozpalenia pieca trzymane jest w domu, żeby było suche. Piec najłatwiej rozpalić brzozową korą, przy pewnej wprawie zajmuje to tylko kilka minut.

Następnie można dorzucić kilka większych gałęzi, co chwilowo zadymi cały dom (w starych piecach nie było kominów i cały dom był okopcony). Czas zająć się codziennymi obowiązkami.

Najpierw wizyta w szopie, gdzie żyją jedyni przyjaciele, z którymi można porozmawiać – 3 kozy i kury. Codziennie trzeba przeliczyć kury, zdarza się, że w nocy padają ofiarami drapieżników, teraz wszystkie 13 ptaków spokojnie siedziało na grzędzie.

Koza od rana gotowa jest do wydojenia. Lewym kolanem trzeba ją przytrzymać, żeby nie uciekła. Całość trwa mniej niż minutę i z jednej kozy otrzymujemy mniej niż szklankę mleka, którą Paweł natychmiast wypija.

Następnie gospodarz rąbie drewno, żeby mieć czym palić przez cały dzień i następną noc.

Po nabraniu wody ze studni można wrócić do domu.

Wewnątrz jest już ciepło, ale jednocześnie dym drapie w gardle i ogranicza widoczność. Żeby oczyścić powietrze dom trzeba przewietrzyć otwierając drzwi i okno. Później trzeba już dorzucić kolejną porcję drewna i można zacząć gotować posiłek.

Na specjalnym otworze w górnej części pieca Paweł umieszcza dzbanek z wodą. Dzięki temu woda ogrzewa się bezpośrednio nad ogniem, a nie na rozgrzanych kamieniach, dzięki czemu zajmuje to dużo mniej czasu. Do nagrzanej wody Paweł dodaje jagody i miód, następnie dzbanek odstawia na bok.

Po kilku minutach „kompot” jest gotowy do spożycia. Powolnie pijąc ciepły napój i śpiewając rzewne piosenki Paweł kończy poranny rozruch.

9:00 – na zewnątrz robi się dużo jaśniej i można zacząć normalną pracę. Paweł najpierw staje przy studni, rozgląda się po gospodarstwie i w głowie buduje plan zadań na cały dzień. Nagle z lasu dobiega krakanie kruków. Paweł natychmiast łapie za włócznię i biegnie w kierunku zarośli. Po pewnym czasie nasłuchiwania i wypatrywania w gęstwiny uspokojony wraca do siebie. Po tym jak stracił kilka kur i kogutów boi się powrotu lisa i nauczył się zwracać uwagę na sygnały przekazywane przez naturę.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*